wtorek, 30 czerwca 2015

Seminaryjnie agilitowo

Czerwcowe dwa weekendy spędziłam z psami pod znakiem seminarium agility. Jedno 20-21.06 w Łodzi z Olgą Kwiecień, a drugie 27-28.06 u nas w mieście, we Włocławku z Tomkiem Jakubowskim. Na obu seminariach biegałam z Ceri i miałam pojedyncze wejścia z Gru.
W Łodzi, pierwszego dnia miałam bad day, co się niemal nie zdarza, a już nigdy nie zdarza, a już na pewno nie na seminarium, no ale się stało i źle mi się biegało ogólnie. Ceri jak zwykle się starała, ale zabijały nas moje emocje i trochę klops, drugiego jednak dnia się odbiłyśmy i biegałyśmy o niebo lepiej :) Z Gru miałam podstawy, i o tyle, o ile z nim jest pod każdym względem ciężej, bo po pierwsze jest bardzo jarającym się psem na wszystko, po drugie, mamy swoje początki agility, i po trzecie, jest mega pasącym psem. Jednak nie było tak źle jakby się wydawało, sama Olga to przyznała. Seminarium ogółem dające do myślenia, chociaż to nie było najlepsze dla mnie seminarium, na jakim byłam.


Na drugim seminarium, odbywającym się w miniony weekend, czułam się jakby we mnie jakieś dodatkowe moce wstąpiły, może to dlatego, że byłam u siebie na terenie, na polu, byłam spokojna, bo Ceri znała i teren i ludzi i wszystko i wiedziałam, że będzie grzeczna itd. nie wiem, wiem tylko, że od początku czułam, że będziemy z Ceri cisnęły na maksa bieganie. 
Tak też było, Ceri była mocno nakręcona, ja również, przez co na początku leciało nam dużo tyczek, a że ich nie poprawiałam to dziecko stwierdziło, że będzie kosić, jednak kiedy zaczęłam poprawiać sukę po trykaniu każdej tyczki, to z każdym biegiem było tylko lepiej. Cieszyłam się dodatkowo bo Tomek nas chwalił i mówił wiele miłych słów, jednocześnie dając sporo konkretnych wskazówek na przyszłość, więc sporo z tego seminarium wyniosłyśmy. Cieszę się jednak, że z tak dużą pewnością siebie biegałyśmy, liczę na to, że z biegiem czasu będzie jeszcze lepiej :) 
Swoje dwa wejścia miał również Gru, ale nie agilitowe, bardziej behawioralne. Tak naprawdę to nam sporo potrzeba rad i pracy z zakresu behawioru, gdyż Gru ma swoje nakręcające się wizje życiowe, które jednak trzeba okiełznać, zanim porządnie wdrożymy się w agility. Tomek dał mi naprawę wiele bardzo cennych wskazówek względem tego biało-czarnego zwierza, które cały czas wdrażam w życie i od weekendu już widać dużą różnicę w zachowaniu, a Tomek mówi, że będzie jeszcze lepiej, wierzy w nas, co też uskrzydla.
Reasumując, to seminarium było mega, chyba też pod pewnymi względami jedno z lepszych, na jakich byłam, może ze względu na moją pewność siebie w torze z Ceri... chciałabym, byśmy zawsze tak biegały, byłoby cudownie. 


poniedziałek, 15 czerwca 2015

Polsko-Czesko-Polsko

Tak jak poprzednio wspominałam, w miniony weekend wybraliśmy się do Czech, w odwiedziny i zabranie szczeniaka z hodowli, z której pochodzi również Ceri. Wyjechaliśmy w sobotę bardzo wczesnym ranem. W podróż wybraliśmy się we czwórkę plus Ceri, którą chciałam zabrać do domu rodzinnego. Trasę obraliśmy przez Niemcy... przez Polskę mieliśmy całkiem ładną pogodę, za to na wlocie do Niemiec spotkaliśmy się z giga burzą i ogromnym gradem, ulewą i korkiem na autostradzie... coś strasznego, w pewnym momencie zrobiło sie naprawdę przerażająco, kiedy ten grad tak walił nam w szyby, no ale co, powoli jechaliśmy... wraz z mijającym gradem i burzą, uwolniliśmy się również od korków więc dzida prosto na Czechy. Wydawać się mogło, że będzie już całkiem łatwo i niebrzydko, ale nic bardziej mylnego... właściwie od początku granicy Czeskiej spotkaliśmy się z okropnym zaduchem, nie było czym oddychać, ciemno na niebie no ale jedziemy... W pobliżu Biliny znowu złapał nas deszcz z burzą, bez gradu, jednak było o tyle ciężej, że do miejscowości, do której jechaliśmy, prowadziły szalenie wąskie drogi, a dodatkowo jechaliśmy bezpośrednio przez góry, co nie ułatwiało nam jazdy... mieliśmy nawet ciasne, czołowe spotkanie z autobusem, na szczęście udało się nam go jakoś ominąć i bezpiecznie dotrzeć do celu.

Na miejscu musieliśmy chwilkę poczekać na hodowczynię ponieważ nie było jej w domu, więc siedzieliśmy przemoknięci przy bramie i czekaliśmy. No i jest, dojechała już nasza dobra duszyczka, zatem działamy, witamy się, rozpakowujemy i idziemy do szczeniaków ;) wybawiliśmy, wyniunialiśmy za wszystkie czasy, Ja porobiłam trochę fot. Pokrótce mogę powiedzieć, że szczenięta cudownie odchowane, cudownie socjalizowane, pewne siebie, lecące do ludzi, lizaki okropne, chętne do współpracy i kontaktu z człowiekiem. Wiadomo jednak, że każdy pies ma inny charakter... Ja w tym miocie upatrzyłam sobie chłopców i głównie im się przyglądałam. Mogę napisać, że na 3 chłopców, 3 było pewnych siebie, otwartych, chętnych do współpracy, bardzo kontaktowych... 2 sreberka i jeden bardzo ciemny rudy... rudy chłopiec, New One -  to szczeniak z tzw. zadziorem, czyli chłopiec bardzo pewny siebie, mocno stąpający po ziemi, i mocno szarpiący się zabawkami, zadra taka, czepiająca się ubrań nawet, nie co niezależny :P drugi piesek, srebrny, najjaśniejszy z ciemną maską - Nemo - to chłopiec przepiękny eksterierowo ale spokojniejszy od reszty chłopców, mój osobisty faworyt eksterierowy, ale ciut troszkę żyjący własnym życiem, ale oczywiście też kontaktowy, chętny do zabaw z człowiekiem, pewny siebie, ciekawski... tylko bardziej zrównoważony. No i 3 piesek, srebrny, z mniejszą maską - Nico - to piesek pomiędzy tamtymi dwoma... bardzo ładny eksterierowo, mega kontaktowy do człowieka, bardzo nastawiony na współpracę z człowiekiem, bardzo chętnie bawi się zabawkami, jak i innymi częściami ciała 3:) i olewający obce psy :P generalnie to własnie on przyjechał z nami do Polski, jak to było planowane już wcześniej :)
Po obserwacjach i zabawach z maluchami towarzystwo zawinęło się do domu na papu i odpoczynek, a ja z hodowczynią zaczęłam ogarniać jej psy, poszłam z nią, jej suką Juki i psem  Protem nad potok by chwilę psiska pobiegały, a my w międzyczasie pogadałyśmy o różnych kwestiach dotyczących oczywiście, że psów :P Po powrocie znad potoku, zabrałyśmy Ceri i Pintę (Putee - mamę Ceri) i poszłyśmy na trening agility. Ćwiczyłam ja z Ceri, chciałam nie co poćwiczyć na obcym torze przeszkód, a akurat takowy w hodowli się znajduje. Po treningu koniecznie chciałam uwiecznić na zdjęciach Ceri i jej mamkę :)
Po raz kolejny utwierdziłam jak mocno Ceri wdała się w swoją mamę... Jest również nadzieja, że i moje niedobre Cerisiątko ogarnie główkę i za jakiś czas zrównoważy swoje nieokiełznane oblicze, no i że da się poznać od tej lepszej strony, tak jak teraz Pinta, która jest niesamowicie spokojna i zrównoważona. 

Po powrocie z treningu, usiadłyśmy z dziewczynami i długo gadałyśmy i gadałyśmy, i chyba nagadałyśmy się za wszystkie czasy ;) w między czasie Asia podjęła ostateczną decyzję o zabraniu Nico ze sobą, wszak wcześniej miała dylemat... na szczęście skutecznie z Beatą jej wybiłyśmy ten pomysł z głowy i dziewczyna przeszła na jasną stronę mocy ;)

Po udanym wieczorze wszyscy padliśmy jak kłody, emocje opadły... Nazajutrz pobudka wcześnie rano i szykowanie się do wyjazdu, ponieważ założenie było takie, że z hodowli jedziemy do stolicy Czech, Pragi. Wszystko popakowaliśmy, szczeniaka zgarnęliśmy i dzida w drogę... 
Pierwsze chwile poza domem, rodzeństwem, i z obcymi ludźmi, sprawiły, że nasz maluch strasznie płakał i płakał, aż do samej Pragi, a potem jeszcze w Pradze, ale był dzielny i dawał radę. Na miejscu poszliśmy sobie na stary rynek, przeszliśmy się po uliczkach, popatrzyliśmy na piękne budowle i pomniki, porobiliśmy zdjęcia, a potem przysiedliśmy na rynku w restauracji... multum turystów przewijało się przez Stary Rynek, ale było bardzo przytulnie mimo wszystko. Denerwujące były niekiedy wyciągające ręce do naszych psów, ale co poradzić, taki urok belgutów, a szczeniaków tym bardziej. Zjedliśmy obiad i powoli zwijaliśmy się do auta. 

Droga powrotna była natomiast całkiem przyjemna, gdyż maluch się uspokoił, wyczerpał bateryjki i dużo spał, ale jak się rozbudzał to bawił się z nami, tulił, całował i był mega rozkoszny i grzeczny. Poza tym mieliśmy ładną i ciepłą pogodę do samego domu, co tym bardziej wprawiało wszystkich w dobry humor. Po drodze zajechaliśmy do Warszawy odstawić Asię, Roberta no i Nikko, a potem powrót do Włocławka, nie co z małymi przeszkodami w Warszawie, ale tak czy siak szczęśliwy....
Mogę napisać dodatkowo, że Ceri, która ma problemy z podróżowaniem, gdyż na dłuższych trasach dyszy, ślini się i potrafi wymiotować, tym razem w obie strony była bardzo spokojna, zero jakichkolwiek problemów ze stresem czy wymiotowaniem. Może to kwestia klatki, w której pierwszy raz w życiu jechała... jeśli to dzięki tej klatce, to będę musiała ten system opatentować i dziewczynkę tak wozić na dalsze trasy :)

Reasumując - podróż do Czech, w rejony, do których jechałam ponad 2 lata temu po Ceri - była niesamowita i nie co sentymentalna, ze względu na poprzedni wyjazd. Bardzo się cieszyłam, że znowu mogę tam być, aż wierzyć mi się nie chciało... znowu mogłam zobaczyć, obserwować i dotknąć psy, które bardzo mi się podobają, które wiele osiągnęły, i które są przodkami mojej suki. Mam nadzieję, że to nie ostatnia wizyta w Czechach i w rodzinnych stronach Ceri, i że może kiedy następnym razem się tam wybiorę, to znowu będę wracała do polski w powiększonym składzie o super tervisia :) To mi się marzy, a wiadomo, że marzenia się spełniają jeśli się w nie mocno wierzy. :)